Magia Londynu



Luz, blues ultra Maryna - to dla mnie Londyn! Tegoroczne Święta Wielkiej Nocy spędziliśmy w Londynie. Tak już od lat  praktykujemy sobie to świąteczne wyjeżdżanie. Lubie tę naszą niepisaną tradycję. Niedawno opisałam Wam o poprzednich Świętach, które były w Paryżu. Jeśli chcecie poczytać co ja o Paryżu myślę, zajrzyjcie *tu klik*.

Póki co, w ramach "żyj z apetytem", który to cykl planuję rozszerzyć, opowiem Wam o Londynie. Ostatni i pierwszy raz w owej metropolii miałam okazję być w 2006 roku. Przyznam, że teraz odebrałam Londyn pozytywniej niż wówczas.  Było nas sześcioro - ja i mój Libańczyk, Mama i Tata, Ciocia i Wujek. Dokładnie ta sama ekipa co w Paryżu.

Hotel w samiutkim centrum, zaraz przy "undergroundzie", taki typowo angielski. Fajny. 4 dni spacerowania, zwiedzania i obserwowania a wieczorkiem biesiadowania, rozmów, śmiechów i chichów.

Nie zamierzam Wam opisywać zabytków londyńskich. Są świetne blogi je opisujące, ja Wam sprzedam kilka faktów, które mi rzuciły się w oczy.  

Dla mnie Londyn to zdecydowanie miasto autobusów i budek telefonicznych. Podoba mi się ta śliczna czerwień na tle londyńskiej szarości. Te nowe autobusy, pomimo, że bardzo ładne i nowoczesne, jednak nie maja aż tyle wdzięku co stare. Nie uważacie?








Ale róż też mi się podobał ;)



Z racji mojej pasji kulinarnej zwróciłam uwagę na to co i jak je się w Londynie. Kultura jedzenia w Londynie nieco mnie zdziwiła. Za pierwszym pobytem zupełnie tego nie zauważyłam. Nawet zrzuciłam to na turystów, bo jakby nie było bywaliśmy tylko tam, gdzie byli turyści. Po powrocie jednak zapytałam koleżankę, która tam mieszkała kilka lat,  stwierdziła, że takie jedzenie jest popularne również wśród londyńczyków. Tam je się wszędzie! Gdzie popadnie i co popadnie. Na każdym rogu ktoś stoi i coś wcina. Ludzie idą i jedzą, na dodatek idą w ogromnym tłumie - ale nic im nie przeszkadza, jedzą dalej!

Delikatny kryzys przeżyłam na Camden Market, na który to napaliłam się szczerze mówiąc z jak szczerbaty na suchary. Można tam kupić i zjeść co się komu podoba. Na dodatek z której części świata się komu zachce. Najbardziej interesowały mnie oczywiście kuchnie świata. Z góry założyliśmy, że tam zjemy. Gdy ja zobaczyłam te masy ludzi konsumujący swoje posiłki na ławkach, donicach, siedząc na ziemi bądź stojąc, przeżyłam szok. Tam nie było gdzie palca wcisnąć. Kuchni świata odechciało mi się natychmiast! W tym czasie Libańczyk zobaczył falafel i było po ptakach. Wcinaliśmy kanapkę za 5 funtów przy płocie, zaplamiłam się sosem, ręce upaprałam sobie po łokcie, co chwilę ktoś mnie trącał jak nie z lewej to z prawej, po czym Libańczyk stwierdził, ze ten falafel to był jednak egipski a nie libański i że ja robię lepszy. Chociaż tyle za taką formę jedzenia, pomyślałam. Jeśli chcecie spróbować mojego falafla, to po zwykły klikajcie *tu klik* a po ten z marchewką *tu klik*.






Abstrachując od dziwnej dla mnie kultury jedzenia, stoiska na tym ryneczku mnie zachwyciły. Są piękne same w sobie!




 



Grzechem byłoby nie spróbować angielskiego przysmaku - Fish&Chips. Bardzo lubię taki fast food!



Ludzie w Londynie wydali mi się bardzo "cool". Uśmiechnięci, radośni, bardzo skorzy do pomocy. Pytając policjanta o drogę, ten wyjął komórkę i pokazał mi wszystko na mapie. Ludzie wręcz pchali się do zdjęć. W Niemczech byłoby to nie do pomyślenia. Tu mają prawdziwego jobla na punkcie ochrony danych osobowych, nie daj Bóg wstawić fotkę z kimś w tle. Wówczas prawnik ma szanse trochę zarobić. A w Londynie tym panom i tej pani bardzo zależało by ich sfotografować ;)






W Londynie czułam się też bardzo sportowo ;) Bieganie rzeczywiście stało się trendem, nawet na Wyspach. Tylko czy naprawdę trzeba to robić w mieście gdzie zgiełk a od spalin aż oczy pieką? W Monachium też nie potrafię zrozumieć tych sportowców, których obserwuje jadąc do pracy autostradą.





Dużą frajdę sprawiła nam przejażdżka Emirates Air. Ta mało jeszcze znana atrakcja turystyczna ma coś w sobie. Mogę szczerze polecić.



Oczywiscie standardowe atrakcje turystyczne tez mamy zaliczone.










To by było chyba na tyle. Napiszcie co Wam przychodzi do głowy myśląc o Londynie. Ja tymczasem obmyślę plan na przyszły rok. Pozdrawiam Was ciepło ;)














8 komentarzy:

  1. cudowne miasto, nie mogę się już doczekać kiedy je zobaczę :) pewnie nie będzie czasu na zwiedzanie, ale obawiam się, że będę chciała szybko tam wrócić :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale narobilas mi apetytu na wizyte w Londynie (nigdy tu nie bylam). Sliczne te Twoje fotki. Tyle smakow znalazlas w Londynie, a moj maz ktory kiedys tu byl, sprowadzil Londyn do jednego: paskudna kuchnia ha ha ha. A Ty pokazalas mi to od innej strony. Dziekuje i pozdrawiam serdecznie Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak.... w porownaniu z iranska badz libanska kuchnia Beatko, to rzeczywiscie paskudna! (Moim zdaniem ;))

      Usuń
  3. Uwielbiam Londyn, byłam kilka razy, ale na ten rynek nie trafiłam, ale pyszności! Tez lubię atmosferę tego miasta, niby takie duże, ale przytulne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest kilka mu podobnych, nastepnym razem musisz odwiedzic ;)

      Usuń
  4. Akurat już prawie za miesiąc wybieram się na weekend do Londynu. Wiem, że to krótko jak na takie miasto, ale na pewno choć trochę go spróbuję ;). Twój post zachęcił mnie do eksperymentowania z londyńskim jedzeniem. Choć ja również nie rozumiem, jak można jeść gdzie popadnie. Ten trend zauważyłam również w Zurychu, zwłaszcza w okolicy godziny 12.

    OdpowiedzUsuń