Gdy dwa światy łączą się w jeden... świąteczna opowieść i grudniowe plany



Planując wpisy na grudzień pomyślałam, że nie będę Was zarzucać przepisami. Nie mam nic przeciwko przepisom, tematyka mojego bloga jest wszak kulinarna. Jest mnóstwo blogów kulinarnych, tych z polską tradycyjną kuchnią, a takich w grudniu właśnie nam trzeba, prawda? Niech one poprowadzą Was ścieżką przygotowań świątecznych a ja wesprę Was duchowo.

Wychodzę z założenia, że w natłoku przygotowań świątecznych, kupowania prezentów i zamyślenia adwentowego nie będziecie chcieli libańskich i nowoczesnych dań. Dlatego będzie ich mało a może wcale. Chciałabym aby w tym czasie mój blog i jego lektura był dla Was natchnieniem i odpoczynkiem. Natchnieniem, bo już za dni kilka mam dla Was niespodzianki, może wykorzystacie moje propozycje. Odpoczynkiem, ponieważ zapraszam Was na wpisy gościnne. Takie do kawy, które być może pomogą rozwiązać kilka problemów. Mam też sporo innych ciekawostek, tych jednak nie chcę jeszcze zdradzać.

Pierwszy świąteczny i pierwszy w historii bloga jest wpis Gosi z bloga Daylicooking. Większość w Was prawdopodobnie zna. Kto nie zna powinien natychmiast poznać. Jeśli szukacie wigilijnych i świątecznych inspiracji kulinarnych, to u Gosi je znajdziecie. Gwarantuję!

Grudniową serię wpisów gościnnych nie bez powodu rozpoczyna wpis Gosi. Tak właściwie to dzięki niej jeszcze swojego bloga prowadzę. To Gosia od samego początku mnie motywowała, wspierała i mi pomagała stawiać pierwsze kroki w blogowaniu. To dzięki niej poznałam tajniki blogosfery i w niej się odnalazłam. Miałyśmy nawet okazję się poznać osobiście na SeeBloggers. Widziałyśmy się pierwszy ale z pewnością nie ostatni raz. Pod spodem widzicie nasze blogerskie selfie! Gosiu, dziękuję Ci za wsparcie. Cieszę się, że zgodziłaś się u mnie wystąpić. Teraz już oddaję Ci głos...


Podobno od przybytku głowa nie boli. Tak mówią. Różnie to chyba z tym jednak bywa. Chcę Wam opowiedzieć historię o...podwójnym Bożym Narodzeniu.

Ona
Młoda i piękna dziewczyna z niewielkiej wioski zamieszkałej głównie przez ludność pochodzenia ukraińskiego. Większość mieszkańców wioski była wyznania prawosławnego i kultywowała swoje tradycje i obrzędy. Jej rodzina taka właśnie była.
On
Przystojny, wesoły chłopak z niewiele większej wioski obok. Katolik, ale niezbyt gorliwy. Rodzice nie w każdą niedzielę byli w kościele, ale święta obchodzili zawsze zgodnie z tradycją.



On i Ona
Od pierwszego spojrzenia czuli, że to nie jest zwyczajna znajomość. Zauroczenie, potem zakochanie i plany o wspólnym życiu. Kiedy powiedzieli rodzicom, że chcą się pobrać, to obie mamy zapytały: a co będzie ze świętami? W jaki sposób będziecie wychowywać dzieci? 

Ślub był piękny, podwójny, z księdzem i popem. Obie rodziny były zachwycone, wzruszone babcie i ciocie ukradkiem ocierały łzy. Rozpoczęli wspólne życie, na początek w wynajętym pokoju. 

Pierwsze święta były sprawdzianem dla ich uczucia i wzajemnego poszanowania tradycji. Postanowili, że odtąd będą spędzać je dwa razy: najpierw według zwyczajów katolickich, potem prawosławnych. Znajomi patrzyli z niedowierzaniem, kiedy opowiadali, że odtąd tak właśnie będą świętować. Od przybytku głowa nie boli - mówili. 

Już na początku grudnia zaczynali planować co i jak przygotują. Lista potraw, produktów do zdobycia. Ona powili przygotowywała dom i kuchnię na święta. Z początku dość nieporadnie, bo przecież nie dość, ze dopiero uczyła się bycia panią domu, to pewne zwyczaje i potrawy były jej bliżej nieznane. Z czasem doszła do wprawy i wszystko biegło swoim utartym szlakiem.

Dla Niego specjalnie suszyła owoce na wigilijny kompot, tak jak robiła to teściowa. Jabłka, śliwki, gruszki...Pięknie pachniało w całym domu. Barszcz czerwony i kapusta z grzybami, krokiety z grzybami, karp. Ryby oboje szczególnie lubili zawsze, więc i chętnie je dla Niego przygotowywała. Bo przecież te "pierwsze święta" były czymś w rodzaju prezentu. Dawanego co rok, z sercem, miłością i uśmiechem, który pojawiał się na Jej twarzy, kiedy widziała Jego radość. Te uszka robisz chyba lepiej niż moja mama - można było oczekiwać większego komplementu? Stół musiał być zastawiony jak każe tradycja: pod śnieżnobiałym obrusem sianko, na stole dwanaście potraw i opłatek. Nakrycia dla zbłąkanego wędrowca nigdy nie brakowało. Czasami, siedząc przy kolacji, oboje głośno zastanawiali się nad tym, jakby zachowali się, gdyby faktycznie ktoś taki zapukał do drzwi. Czy umieliby zaprosić nieznajomego człowieka do stołu? 
Pierwszy dzień Bożego Narodzenia oznaczał wizytę u Jego rodziców. Zjeżdżali się bracia, siostra i rodziną. Każdy przynosił ze sobą umówioną wcześniej potrawę. Taki był zwyczaj w Jego rodzinie i Ona podtrzymywała go. Zawsze, oprócz umówionego dania,  zabierała kutię, którą podczas pierwszych świąt poczęstowała swoją nową rodzinę, nieśmiało licząc na uznanie. Teraz zabiera ja co roku, bo lepszej nikt nie robi. I choć tak, jak w każdej rodzinie, zdarzają się spory czy kłótnie, to podczas świąt wszystko idzie w zapomnienie. 

Drugie święta spędzali niemal w całości u Jej rodziców. Tylko tam odczuwała pełnię tego, co było dla niej jedyne, kiedy była dzieckiem. Wtedy nie myślała, ze ktoś gdzieś może obchodzić święta inaczej niż w jej domu, w jej rodzinie, w jej wsi. Teraz znała inny świat, więc świąteczna podróż do rodzinnego domu była jednocześnie powrotem to czasów dzieciństwa. 
Posiłek wigilijny rozpoczynało się podzieleniem się z bliskimi prosforą, czyli chlebem wypiekanym specjalnie na tę okazję przez duchownych i siostry zakonne. Prosfora to odpowiednik katolickiego opłatka. Kolacja wigilijna to także dwanaście postnych potraw, sianko pod obrusem i dodatkowe nakrycie. Na stole królowały zawsze ryby na różne sposoby (przede wszystkim ryba po grecku i karp w galarecie), barszcz z uszkami, cudownie słodka kutia, kapusta z grzybami... Nie mogło zabraknąć świątecznych symboli: czosnku (zdrowie), miodu (powodzenie), soli (obfitość) i chleba (jedzenie). 
I tak, jak podczas pierwszej Wigilii, kiedy to po kolacji całą rodziną szli na pasterkę, tak teraz szli na uroczystą liturgię do cerkwi. 

Jedne i drugie święta oznaczały dla nich przede wszystkim przywiązanie i miłość. Czerpali z tych dni siłę do bycia razem, do tworzenia rodziny. Zastanawiali się czy ich dzieci będą umiały tak celebrować święta jak oni. Oboje pokazywali światu, że nie jest ważne jak wierzymy, jak świętujemy ważne dni, ale to czy umiemy być z innymi ludźmi i dzielić z nimi radość. Wszak Boże Narodzenie to radość z Narodzin.



Dziękuję Gosiu.

A czy macie doświadczenia z podwójnymi Świętami?



0 komentarze: