Prezenty są głupie! Wyznania mocno subiektywne


Dzisiejszy post będzie o prezentach. Nic w sumie dziwnego, w końcu sporo artykułów na ten temat pojawia się teraz codziennie w środkach masowego przekazu. Prezenty dla niej i dla niego za 5, za 50 i za 500PLN. Blogosfera aż huczy. 

Tylko, że ten tekst będzie o tym, że prezenty są głupie. Nic na to nie poradzę, moim zdaniem prezenty są głupie. A te świąteczne są głupie do kwadratu. Irytuje mnie ten szał zakupowo-prezentowy. Tak na siłę, bo Święta to muszę komuś coś sprezentować. Ja nie widzę w tym sensu. I nie lubię takich prezentów. Dlaczego?


A to dlatego, że w dzisiejszych czasach właściwie wszyscy wszystko mamy. Mówię tu o klasie średniej. Do tego pomijam kwestię, że wydaje się nam nieustannie, że czegoś nam brakuje. To też sprawa obecnie naturalna, dzięki Bogu zmienia się to powoli. To byłby temat na osobny post. Tymczasem zaznaczam, że piszę o prezentach świątecznych i zupełnie subiektywne.

Nie lubię głupich prezentów. Nie chcę by ktoś mi kupował skarpetki świąteczne za 10 PLN we wrześniu tylko dlatego, że będzie taniej niż w grudniu. Nie chcę dostać portfela z promocji ani książki, którą być może i tak już mam. Nie chcę paska ze srebrną klamerką ponieważ moje dodatki codzienne są złote. Nie chcę wina czerwonego bo pije białe. I nie lubię durnostojek i innych figurek w mieszkaniu bo mam uczulenie na kurz. Świeczek zapachowych też nie toleruję. Jeśli będzie mi czegokolwiek potrzeba, postaram się na to zarobić i kupię sobie to co mi się podoba. Znam ludzi, którzy cały rok oszczędzają, by sprostać świątecznym oczekiwaniom najbliższych. Brr.... Wolę coś innego!

Jestem wdzięczna, że my w domu nie kupujemy sobie nawzajem prezentów. No, może nie do końca jest to tak. Nie kupujemy ale ustalamy wspólne prezenty. Obdarowujemy się zasadnie. My sobie sprawiamy radość tym, że robimy coś wspólnie. Pamiętam jak w czasach gdy na banany i mandarynki śliniło się w Polsce aż strach, wówczas rodzinnie kupiliśmy karton bananów i karton mandarynek i czerpaliśmy radość z ich spożywania. Obecnie w ramach prezentów wolimy pojechać na dłuższy weekend, na urlop, spotkać się, obcować ze sobą. Bardzo to lubię. Wiem, że dla moich bliskich ważni jesteśmy my a nie pokrowiec do laptopa, który kupiłam na wyprzedaży w Allegro.

Ale obdarowywanie samo w sobie przecież jest piękne. Lubię komuś coś podarować i lubię fajne podarunki. Któż nie lubi podarunków?


I tak wychodzę dziś do Was z takimi kwestiami. Po pierwsze, podoba mi się zwyczaj w Niemczech tzw. Wichteln. Wichteln to wzajemne obdarowywanie się w grupie. Radość dużo większa niż mogłoby się wydawać. Wichteln to metoda dawania prezentów znana też w Holandii i Austrii. W zależności od kraju, co więcej, od regionu zasady się zmieniają. My w pracy przygotowaliśmy Haushalstwichten, czyli prezenty z gospodarstw domowych. Dajesz to co masz. Przygotowujesz jeden prezent. Następnie prezenty są albo losowane albo daruje się je sąsiadom stojącym z boku. Musisz  mocno trzymać swój podarunek, ponieważ jeśli komuś się on spodoba, może Ci go wyrwać. To już Räuberwichteln. Zabawa co nie miara. I tak np. może Ci się trafić kilogram mąki, cukru albo fartuszek do gotowania. Butelka octu a może skrzynka piwa, nie wiadomo. Świeżo upieczone ciasto też ma swoją wartość. A może zapas proszku do pieczenia będzie w wylosowanej przez Ciebie paczuszce?

Po drugie, co do kwestii , o których wyżej pisałam. Cudownym rozwiązaniem są prezenty z kuchni. Niedługo przestawię Wam kilka takich prezentów, może Wam się przydadzą. 

A jak Wy odbieracie ten prezentowy szał? Powiedzcie szczerze. Może to ja jestem dziwna?




0 komentarze: