Powiedz mi co jesz, a powiem Ci skąd jesteś! Kulinarne starcie w związkach mieszanych


Związki mieszane to nie lada wyzwanie. I to dla obu stron, każdy zdaje sobie z tego sprawę. W dzisiejszych czasach jest nam oczywiście dużo łatwiej niż kiedyś, gdy świat był właściwie całkowicie zamknięty a Arab, Turek czy ciemnoskóry był dla nas niczym ufo. Są plusy i są minusy bycia w związkach mieszanych. Ale czy w związkach, w których obie osoby są z jednego kraju ich nie ma? Pewnie, że są! Wystarczy pomyśleć jak kulturowo jesteśmy odmienni nawet wśród swoich. Osoby z Białegostoku mają zupełnie inne tradycje i inne upodobania, też kulinarne, niż osoba ze Śląska, prawda? 

Dziś chciałabym Wam pokazać kilka różnic kulinarnych między Polką a Libańczykiem opartych na moim związku. Śmiejemy się oboje czasem do łez z drobnostek z naszej kulinarnej codzienności. 

Na zdjęciach po lewej jesteśmy my, Polacy. Po prawej ludzie z "Południa", w moim przypadku chodzi o Liban ale spokojnie podpiszą się pod tym Włosi, Hiszpanie, Grecy czy Portugalczycy. Jestem tego pewna!


Co widzicie na zdjęciu powyżej? Chleb po lewej, tak? A co jest po prawej? To chleb libański. Chleb dla nas jest chlebem, czyli bochenkiem pokrojonym na kromki. Dla Libańczyka to placek, najczęściej zlany olejem, wysmarowany labneh albo zwinięty w rulonik z wędlinka i serem. Lubię takie rarytasy i jem je często ale w moim przypadku nie nazywam tego kanapką. 


Dżem. Sprawa tak drobna jak dżem, smarowidło po prostu. Bez względu na to gdzie jesteśmy i chcemy sobie z dżemikiem pośniadankować, ja chwytam za ciemny a On za jasny. Zastanawialiśmy się nawet z czego to wynika. Sprawa w sumie jest prosta. U nas najpopularniejszymi owocami były i są truskawki, wiśnie, porzeczki czy śliwki. Na południu pomarańcze, morele, mango i ananasy. Czyli u nas ciemniejszy, u nich jaśniejsze. Lubimy to, co znamy, co zbieraliśmy z krzaka w ogródku.


Kartofle. Niby jakie tu mogą być różnice? Mieliśmy taką sytuację. Byliśmy ze znajomymi na urlopie. Było kilku "Południowców" i kilka Polek. Mieliśmy ugotowane w łupinach ziemniaki. Każdemu z nas odpowiadał taki prosty obiad. Najśmieszniejsze było to, że wszyscy południowcy rzucili się na oliwę z oliwek jako dodatek a Polki zachwycały się smakiem kartofli z prawdziwym masłem. Patrzyliśmy na siebie krzywym okiem. Dopiero na drugi dzień o tym porozmawialiśmy. Podobnie jest gdy boli nas brzuch. On potrafi wypić oliwę (brrr....) a ja lubię chlebek z masełkiem. Prawdziwym takim, żadne dziwaczne margaryny nie wchodzą tu w grę :)) To przynosi mi ukojenie.


Gdy idziemy na zakupy i na kartce zapisaliśmy OWOCE, możecie sobie głowę dać ściąć, że my Polacy polecimy po jabłka, czereśnie czy truskawki a człowiek z Południa będzie macał arbuza, wąchał melona i rzucał okiem na banany. Aczkolwiek te banany to i tak się dość u nas mocno zadomowiły i goszczą w każdym polskim domu.


Kojarzycie galaretę u cioci na imieninach? Rybę w Polsce? Czym skrapiają ją Wasi ojcowie i wujkowie? Octem, prawda? Jeśli podajesz Libańczykowi rybę, to szykuj kilogram cytryn, o occie możesz zapomnieć. Na pierwszy rzut oka budzi zdziwienie, ale wytłumaczenie jest proste. My mieliśmy ocet a oni w ogrodzie cytryny. Tak czy owak i ryba i galareta potrzebują czegoś kwaskowego.

Macie jakieś doświadczenia z różnicami kulinarnymi? Opowiedzcie co dla Was jest kulinarnie normalne a Waszego partnera przyprawia o gęsią skórkę. A może odwrotnie?

0 komentarze: